Nad Bałtykiem
Inspiracje,  Ludzie,  Podróże

Jak zaczęłam nurkować… i dlaczego od razu to pokochałam?

W chwili, gdy piszę te słowa, powinnam już siedzieć w samolocie do Zurychu. Stamtąd z kolei miałam mieć lot do Cancun, aby już następnego dnia rozpocząć moją meksykańską przygodę. Jak możesz zgadnąć, nic z tego nie wyszło. Cenoty muszą niestety poczekać. Pomyślałam jednak, że to doskonała okazja, żeby porzucić na chwilę praktyczne, nieco „poradnikowe” tematy, którymi zajmowałam się ostatnio i zdradzić Ci trochę więcej szczegółów na temat tego, jak zaczęła się moja nurkowa pasja. Uwierz mi, to całkiem niezła historia!

Uważaj, o czym marzysz

Jakiś czas temu dostałam od zaprzyjaźnionej fundacji maila z prośbą o napisanie czegoś o sobie oraz swojej podróżniczo-nurkowej pasji. Wystukałam więc na klawiaturze kilka zgrabnych zdań, które odesłałam wraz ze zdjęciem. Wciąż jednak mam poczucie, że zarówno to, co tam skleciłam, jak i informacje, które znajdziesz w zakładce o mnie, to tak naprawdę jedynie bardzo malutki wycinek rzeczywistości. Tymczasem w mojej głowie od kilku dni kłębi się mnóstwo wspomnień z wypraw nurkowych i chyba nigdy nie tęskniłam za poznawaniem świata równie mocno, jak teraz.

Pewnie zabrzmiałoby to wszystko bardziej malowniczo, gdybym zaczęła ten tekst od stwierdzenia, że marzyłam o nurkowaniu od zawsze i pokonałam całą masę przeszkód, aby tej aktywności spróbować. To jednak nieprawda. Podwodny świat fascynował mnie i przyciągał od dawna, to fakt. Pamiętam, że kiedy, jako nastolatka, po raz pierwszy wyjechałam z rodzicami do Egiptu, wybraliśmy się na rejs łodzią ze szklanym dnem, dzięki czemu mogłam zza szyby podziwiać ławice kolorowych rybek. W pewnym momencie pod nami przepłynęli nawet nurkowie, a ja poczułam ukłucie zazdrości. Szybko jednak o tym zapomniałam.

Podwodny świat

Nie śmiałam wtedy nawet zamarzyć o tym, aby znaleźć się na ich miejscu. Nigdy nie wyobrażałam sobie, że byłabym w stanie dotknąć tego świata w sposób tak bezpośredni. Mieć go na wyciągnięcie ręki, bez oddzielającej mnie od tego szyby.

No bo wyobraź to sobie. Nastoletnia, nieco strachliwa dziewczyna z niepełnosprawnością, poruszająca się o kulach, niekiedy przewracająca się na prostej drodze i nieumiejąca nawet pływać. A do tego cały ten skomplikowany sprzęt, ciężkie butle oraz piękny, ale jednocześnie niebezpieczny, wielki błękit. Ja w każdym razie nie umiałam objąć tego swoją wyobraźnią. Wydawało mi się, że to coś wyłącznie dla osób wysportowanych, silnych a przede wszystkim niesamowicie odważnych.

Dopiero po niemal dziesięciu latach dowiedziałam się, że organizacja HSA w Polsce miała się już w tym czasie całkiem nieźle i nurkowanie niepełnosprawnych dawno przestało być postrzegane jako szalony pomysł oderwany zupełnie od rzeczywistości. 🙂 Jak to się stało, że mi to umknęło? No cóż, pojęcia nie mam. Ale jak to mówią lepiej późno niż wcale!

Spotkanie z nurkami

Podróże bez granic

Na szczęście, na skutek najróżniejszych zdarzeń, moja perspektywa powoli ulegała zmianie. W każdym razie niemal trzy lata temu, na początku wakacji, byłam już całkowicie gotowa, żeby podjąć nowe wyzwania, a co więcej sama aktywnie ich poszukiwałam. Miałam na swoim koncie lot na parasailingu, pierwszy skok ze spadochronem, kilka bliższych i dalszych podróży oraz olbrzymi apetyt na więcej.

Pewnego letniego dnia po prostu usiadłam i zaczęłam przekopywać internet. Przypomniałam sobie wtedy, że na Facebooku mignął mi kiedyś profil Fundacji Podróże bez Granic. Pierwszą informacją, jaka rzuciła mi się w oczy, gdy ponownie znalazłam ich stronę, była właśnie ta dotycząca zapisów na kilkudniowy wyjazd nurkowy na Hel, które zgodnie z pierwotnymi założeniami, miały trwać jeszcze kilka dni.

Pomyślałam wtedy, że zastanowię się na spokojnie, prześpię się z decyzją i prześlę zgłoszenie. Kiedy jednak dotarłam do końca tekstu, okazało się, że ze względu na ogromną liczbę chętnych rekrutacja została skrócona. W zasadzie na przesłanie wymaganego formularza pozostało mi raptem kilka godzin. Tak więc, nie zastanawiając się długo, opisałam swoją motywację do udziału i… dostałam się. Nie do końca wierzyłam, że to się uda, bo jeden z decydujących czynników w takich sytuacjach to przecież kolejność zgłoszeń, a ja wysłałam swoje dosłownie w ostatniej chwili. Nie miałam też właściwie pojęcia, co to za ludzie i nie mogłam pochwalić się absolutnie żadnym doświadczeniem nurkowym. Ale stało się.

No i niech mi teraz ktoś powie, że mam przestać wierzyć w przeznaczenie! 🙂

 

Pierwsze nurkowanie

Pojechałam, poznałam cudowną ekipę, z którą utrzymuję kontakt do dziś, a na dodatek totalnie zakochałam się w nurkowaniu. Choć o ostatnie, patrząc obiektywnie na całą sytuację, mogło wydawać się nawet dość dziwne.  Umówmy się – woda w Zatoce nie należy ani do najbardziej przejrzystych, ani tym bardziej najcieplejszych, a my pływaliśmy co prawda niemal tuż pod powierzchnią, ale jednak w cieniutkich i zupełnie niedopasowanych piankach. Grzała mnie wtedy chyba wyłącznie adrenalina. Mimo wszystko byłam zachwycona. Wciąż pamiętam to niezwykłe uczucie, gdy po raz pierwszy wzięłam oddech pod wodą, choć nie umiem dokładnie opisać, towarzyszących mi wtedy emocji. Ekscytacja? Owszem. Niepewność? Oczywiście. Ale przede wszystkim – radość!

Dodatkowych atrakcji też nam nie brakowało. W pamięci zapadły mi terenowe eskapady, wieczorne grille, posiłki zjadane na plaży z największym apetytem, wspólny rejs, niekończące się spacery oraz nieznośna ulewa, która nie zdołała nas przed niczym powstrzymać. No i rzecz jasna tradycyjny wypad do fokarium w nieco mniejszym gronie. A to wszystko wydarzyło się od czwartkowego do niedzielnego popołudnia. Nie mam pojęcia, jak organizatorom udało się to ogarnąć, ale było pięknie.

Ja jednak, mimo wszystko, przepadłam właśnie w temacie nurkowania. Nie minęły dwa dni od mojego powrotu, a już byłam zapisana na kurs w Chmielnie na Kaszubach prowadzony przez instruktora HSA, którego ktoś polecił mi, gdy byłam jeszcze na Helu.

Landroverem po Helu

 

Żeby nie było tak całkiem kolorowo…

Na zajęcia basenowe już nie dotarłam, bo kilka dni przed ich rozpoczęciem pechowo złamałam prawą rękę w łokciu, co nie tylko umożliwiało oczywiście zejście pod wodę, ale także oznaczało w moim przypadku niemal całkowite unieruchomienie na ponad sześć tygodni. Jeśli właśnie masz ochotę rzucić coś w stylu „eh, no nie przesadzaj, to tylko ręka”, przypominam Ci, że na co dzień poruszam się o dwóch kulach, bez, których nie jestem w stanie przejść kilku kroków.

Przetrwałam oczywiście, ale plany podboju podwodnego świata musiałam zdecydowanie odłożyć na później. Podobnie zresztą jak obóz żeglarski, na który nie wybrałam się do tej pory, bo od czasu ukończenia kursu każdy dłuższy urlop był już tylko nurkowy.

Na szczęście dzięki osobom, które poznałam na Helu, udało mi się nie tylko kontynuować tę przygodę, ale również popchnąć ją w dużo lepszym kierunku niż mogłabym się spodziewać. Dziś mam poczucie, że tak właśnie miało się to wszystko potoczyć (choć oczywiście mogłoby obyć się bez złamania kończyny). 🙂

Jednak o tym, jak z mojej perspektywy wyglądało szkolenie HSA i do kogo warto się w tej sprawie zwrócić, opowiem Ci już następnym razem. A tymczasem życzę Ci odważnych marzeń. Ale przede wszystkim tego, abyś z czasem, gdy to już będzie możliwe, po prostu zamienił je w plany!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.