Metoda małych kroków w praktyce
Motywacja,  Planowanie,  Psychologia

Metoda małych kroków – by duże cele wreszcie przestały Cię przerażać

Od dawna myślisz o tym, by napisać książkę, stworzyć własną stronę internetową albo przebiec półmaraton. Zrealizować marzenie, z gatunku tych, które sprawiają, że serce bije mocniej, a na twarzy pojawia się uśmiech. Przymykasz powieki i właściwie już czujesz emocje towarzyszące wyczekanej chwili. Oczami wyobraźni widzisz siebie stojącego na górskim szczycie albo dzierżącego w dłoni tomik opatrzony Twoim własnym imieniem i nazwiskiem.

Jednak, gdy tylko otwierasz oczy, dopada Cię rzeczywistość. Fala entuzjazmu, która porwała Cię ze sobą, szybko opada, kiedy zdajesz sobie sprawę, jak wiele energii, czasu, a może i pieniędzy musiałbyś zainwestować, żeby urzeczywistnić koncepcję krążącą Ci po głowie od lat. A gdyby tak metodą małych kroków – kawałek po kawałku, dzień po dniu, zadanie po zadaniu – wyjść wreszcie poza sferę marzeń i zmienić ogólne cele w konkretne zadania?

Wielkie plany i jeszcze większy strach – jak realizować cele i nie dać się przytłoczyć?

„Nigdy nie rezygnuj z celu, tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie”.

Te pamiętne słowa amerykańskiego pisarza Harrietta Jackson Browna Juniora, to chyba jeden z moich ulubionych cytatów. Być może brzmi on z pozoru nieco banalnie, jednak zanim uznasz go za truizm, zastanów się, ile razy zdarzyło Ci się zrezygnować z realizacji czegoś, na czym naprawdę Ci zależało, tylko dlatego, że przytłoczyła Cię wizja długich miesięcy starań, które potencjalnie mogłyby zakończyć się porażką. Ile razy odkładałeś na później zadania niezbędne do pokonania kolejnego etapu drogi, aby nie musieć się z nimi konfrontować?

Powiedzmy, że w Twojej głowie pojawił się kiedyś doskonały pomysł na książkę. Świetnie znasz zagadnienia, które chciałbyś w niej poruszyć, masz niezbędną wiedzę merytoryczną i umiejętności, a na dodatek towarzyszy Ci poczucie, że oddając ją w ręce czytelników, mógłbyś pomóc im w rozwiązaniu jakiegoś istotnego problemu.

Stworzyłeś mnóstwo artykułów i tekstów na zlecenie, potrafisz sprawnie żonglować słowami, ale wciąż brakuje Ci do szczęścia spełnienia tego „wielkiego marzenia”. Stworzenia czegoś naprawdę swojego i wydania tego „na papierze” w oficynie z prawdziwego zdarzenia. Jesteś tak pozytywnie nakręcony, że właściwie najchętniej rzuciłbyś wszystko i zabrał się do dzieła. Spisujesz więc prędko pomysły i tak oto kartki Twojego notesu zapełniają się kolejnymi hasłami. W głowie masz już całe zdania i tytuły rozdziałów. Ogarnia Cię prawdziwe twórcze flow. Do późnej nocy ślęczysz przed laptopem, próbując przelać swoje myśli na klawiaturę.

Małymi krokami do sukcesu

Następnego dnia jesteś zupełnie wykończony, a na dodatek uświadamiasz sobie, że fragment tekstu, który stworzyłeś to ledwie kilka tysięcy znaków, które nie stanowią nawet paru procent docelowej objętości Twojej książki. Dociera do Ciebie, że w tym tempie pisanie wersji roboczej skończysz najwcześniej za rok, nie wspominając już o poprawkach czy szukaniu wydawcy. A jeśli o wydawcach mowa, to przeczytałeś w internecie, że podobno dostają oni nawet kilkaset propozycji miesięcznie, a do druku idzie ich tylko kilka lub kilkanaście rocznie – zależnie od wielkości firmy. Nie masz więc żadnej gwarancji, że Twoja twórczość ujrzy kiedykolwiek światło dzienne.

Zaczynasz się poważnie zastanawiać, czy cała ta zabawa w pisanie to gra warta świeczki. Zaangażowanie się na wiele miesięcy w tak niepewny projekt budzi w Tobie coraz większe wątpliwości. Masz przecież inne zobowiązania i plany, które już teraz pochłaniają zbyt dużo Twojego czasu i energii. Obiecujesz sobie jednak, że kiedyś, gdy okoliczności będą bardziej sprzyjające, wrócisz do tematu.

Muszę Cię w tym momencie nieco zmartwić. Brutalna prawda jest taka, że te bardziej sprzyjające warunki bardzo często nigdy nie nadchodzą – przynajmniej jeśli sami ich sobie nie stworzymy. Wymyślona przeze mnie historia to oczywiście tylko przykład, ale mechanizm, który starałam się za jej pomocą zobrazować, wydaje się dość powszechny.

Techniki planowania dla zapracowanych

Metody planowania dla zapracowanych

Nie chcę Cię wcale namawiać, abyś brał na siebie tysiąc obowiązków na raz i ściemniać, że wszystko jest kwestią dobrej organizacji. Bardzo daleka jestem od takiego sposobu myślenia, bo doskonale zdaję sobie, że bywają w życiu momenty, gdy nie da się zrobić nic więcej, choćbyś stanął na rzęsach i nie zmienią tego nawet najlepsze techniki planowania.

Zdarzają się także chwile, kiedy po prostu, po ludzku potrzebujesz robić mniej, aby żyło się lepiej. Nie po to publikuję przecież tak często treści poświęcone uważności czy mądremu dbaniu o siebie i napisałam cały artykuł o tym, dlaczego odpoczynek jest ważny, aby teraz wpychać Cię w pułapkę bezustannej produktywności. Czasem trzeba odpuścić i to również bardzo ważna umiejętność.

Warto także uważać, aby nie dać się bezmyślnie podporządkować regule zaangażowania, o której pisał Cialdini. Choć wytrwałość jest bez wątpienia cenną cechą, bardzo często konieczną do osiągnięcia sukcesu, to jednak warto również zadbać o to, aby co jakiś czas się zatrzymać i uczciwie zrewidować, czy nasze działania przynoszą choćby niewielkie pozytywne rezultaty. Bezrefleksyjny, ośli upór może przynieść niekiedy więcej szkody niż pożytku.

Próbuję Cię raczej zachęcić do tego, abyś wyczerpujące fizycznie i emocjonalnie zrywy zastąpił mniej spektakularną – ale za to systematyczną – pracą i wykonywał ją, nawet jeśli danego dnia na realizację swojego celu możesz poświęcić tylko kwadrans. Abyś wyrobił sobie nawyk trzymania się własnych postanowień, bez szukania wymówek i mnożenia przeciwności.

Cele szczegółowe i ogólne

Jest tu jednak pewien haczyk. Żeby technika, którą chcę Ci zaproponować, rzeczywiście okazała się skuteczna, cele szczegółowe, które wyznaczasz sobie na konkretny dzień, powinny być nie tyle dostosowane do Twoich możliwości, ile wręcz śmiesznie małe i do bólu konkretne. Możliwe do wykonania tu i teraz.

Nawiązując do naszego przykładu z książką, może to być na przykład napisanie tysiąca znaków ze spacjami dziennie (albo zrobienie dziesięciu przysiadów, albo trzech ćwiczeń językowych i tak dalej…). Mało? Być może. Ale po stu dniach da Ci to sto tysięcy znaków, a ta liczba może już robić wrażenie. Szczególnie jeśli zestawisz ją z tym, co uzyskałbyś, gdybyś w ogóle nie zaczął.

Nikt nie zabrania Ci oczywiście napisać któregoś popołudnia dłuższego fragmentu (co z pewnością dostarczy Ci jeszcze więcej satysfakcji). Chodzi o to, by wymagana wartość była na tyle mała, aby z jednej strony łatwo było Ci osiągnąć sukces – co doskonale podkręca motywację i zachęca do dalszej pracy – a z drugiej, trudniej wytłumaczyć się brakiem czasu i wykręcić od roboty.

No bo kto nie da rady zrobić kilka przysiadów, usiąść do komputera na dwadzieścia minut albo wykonać jednego telefonu czy napisać maila do dwóch potencjalnych wydawców?

Sprytne, nie?

Krok po kroku na szczyt

Metoda małych kroków znajduje zastosowanie w wielu dziedzinach życia, jednak szczególnie kojarzy mi się z… wspinaczką wysokogórską. Czytając książki napisane przez himalaistów, bardzo często można natknąć się na stwierdzenie, że gdyby przez całą drogę myśleli oni o tym, ile jeszcze wysiłku będzie ich kosztować zdobycie szczytu, po pewnym czasie zabrakłoby im determinacji do tego, aby, mimo koszmarnego zmęczenia, wciąż posuwać się na przód. Zamiast więc zerkać – dosłownie i w przenośni – w stronę odległego wierzchołka, skupiają się oni na tym, aby wykonać jeszcze kilka kolejnych kroków, dać sobie chwilę na złapanie oddechu i całą procedurę powtórzyć od nowa.

Nieustannie  motywuje ich jednak perspektywa dosięgnięcia olbrzymiego, wręcz niewyobrażalnego celu – przesunięcia własnych granic. Bardzo obrazowo opisała to na przykład znana podróżniczka Martyna Wojciechowska w swojej książce „Przesunąć horyzont”. Czytałam ją dobrych kilka lat temu, jednak zarysowana przez nią metafora do dziś pozostała mi w pamięci, dlatego polecam Wam tę lekturę.

Zbyt duży, ogólny cel długofalowy może wydawać się przytłaczający bądź rozmyty. Trudny do ogarnięcia. Prawidłowo zastosowana metoda małych kroków pozwala rozłożyć go na bardziej konkretne, małe zadania, które jesteśmy w stanie wykonać nawet jeżeli nie dysponujemy ogromnymi zasobami czasu i energii. Dzięki ich szczegółowemu określeniu nie tylko łatwiej utrzymać motywację na optymalnym poziomie, lecz także zwiększyć wydajność i uniknąć pożerającego energię chaosu.

Dzięki zastosowaniu tej techniki, siadając do biurka i mając jedynie pół godziny na zajęcie się swoimi sprawami, nie zmarnujesz połowy tego czasu na zastanawianie się, czym powinieneś się teraz zająć. Po prostu wybierzesz ze swojej listy coś, co będziesz w stanie w tym czasie zrealizować, choćby to miało być przeprowadzenie jednej rozmowy telefonicznej.

Krok po kroku na szczyt

Brak czasu czy brak motywacji?

Czas to we współczesnym świecie towar deficytowy. Z jednej strony wciąż mamy go za mało, gonimy od zadania do zadania, próbujemy złapać wszystkie sroki za ogon i ogarnąć milion spraw jednocześnie. Z drugiej – marnujemy cenne minuty rozpraszani tysiącami bodźców i wszystko chcemy „na już”, nieprzyzwyczajeni do czekania i odraczania gratyfikacji.

Metoda małych kroków pozwala usystematyzować nasze działania i dostosować je do okoliczności, ale przede wszystkim utrzymać na optymalnym poziomie motywację niezbędną do realizacji celów długofalowych. Małe codzienne sukcesy to przecież najlepsze paliwo dla dalszego działania i lekarstwo na zniechęcenie dopadające od czasu do czasu każdego, prawda?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.